„… Jem, nawet kiedy nie jestem głodna, najczęściej po ciężkim dniu w pracy. Czasem tego jedzenia jest tyle, że aż mnie brzuch boli, jest mi niedobrze, a z drugiej strony, choć wiem, że dawno się najadłam, nie mogę przestać. Jakiś głos wewnątrz mnie mówi, że jeszcze jedna łyżka, jeszcze jeden kawałek ciasta, nic się nie stanie. Po chwili orientuję się, że zjadłam pół blachy tego ciasta… jestem zła, mam poczucie winy, zaczynam płakać i to chyba najgorsze…jeszcze bardziej się nienawidzę. Później przychodzi myśl: co inni pomyślą, jak zobaczą ile zjadłam. Czasami próbuję zatuszować ślady mojej zbrodni. Kroje na przykład resztę ciasta i wykładam na talerz, wykładam w taki sposób, aby wydawało się, że jest go dużo. Czuję chwilową ulgę. Ufff, może nikt nie zauważy. Od jutra dieta! Udaje mi się do południa nic nie zjeść, pić dużo wody, jestem z siebie taka dumna. Później wracam do domu i myślę sobie, nie jadłaś cały dzień, zasłużyłaś… znowu się zaczyna. I tak od lat, chyba od zawsze odkąd sięgam pamięcią. Ciągłe diety, tycie i chudnięcie. Lubię jeść, ale nie znam umiaru, albo żrę,albo się głodzę”.
Są takie momenty, kiedy jedzenie przestaje być odpowiedzią na głód. Pojawia się nagle, czasem wieczorem, czasem w środku dnia, jakby znikąd. Lodówka staje się wtedy miejscem, do którego idzie się nie po smak, lecz po ulgę. Na chwilę. Bo po chwili przychodzi coś jeszcze – ciężar, wstyd, pytanie bez odpowiedzi: „dlaczego znowu?”. Kompulsywne objadanie się rzadko krzyczy. Częściej milczy, chowając się za zamkniętymi drzwiami kuchni i opuszczonym wzrokiem. To zaburzenie odżywiania długo bywa niezauważone – także przez samą osobę, która go doświadcza. Bo przecież „każdemu się zdarza zjeść za dużo”, „to tylko słabość”, „jutro się ogarnę”. A jednak to „jutro” potrafi nie przychodzić latami.
Głód, który nie zaczyna się w żołądku
Kompulsywne objadanie się nie rodzi się z nadmiaru jedzenia, ale z jego znaczenia. Z tego, że jedzenie zaczyna pełnić funkcję, której nikt go nie uczył. Staje się sposobem na ukojenie napięcia, na zagłuszenie emocji, na chwilowe zniknięcie z własnego życia. To głód, który nie ma wiele wspólnego z fizjologią – bardziej z samotnością, przeciążeniem, niewypowiedzianą złością czy zmęczeniem byciem „w porządku”. Osoby doświadczające kompulsywnego objadania się często potrafią bardzo długo trzymać się w ryzach. Kontrolować, planować, pilnować. A potem coś pęka. I w tej pękniętej przestrzeni pojawia się jedzenie – szybkie, intensywne, często spożywane w pośpiechu, jakby ktoś się ścigał z własnym sumieniem. Wtedy nie chodzi już o smak. Chodzi o odcięcie.
Chwila ulgi, która kosztuje za dużo
W trakcie epizodu objadania się może pojawić się coś na kształt ulgi. Jakby ciało i głowa wreszcie mogły się zatrzymać. Jakby świat na moment zwolnił. Ale ta ulga jest krótkotrwała. Zaraz po niej przychodzi fala – ciężka, lepka, pełna oskarżeń. Wstyd. Poczucie winy. Obrzydzenie do siebie. I obietnice, które brzmią jak zaklęcia: „to ostatni raz”. W odróżnieniu od innych zaburzeń odżywiania, kompulsywne objadanie się nie wiąże się z próbami „naprawiania” sytuacji poprzez wymioty czy głodówki. Ciało zostaje z tym, co się wydarzyło, a psychika zostaje sama z konsekwencjami emocjonalnymi. To często wzmacnia poczucie bezradności i utraty kontroli, które z kolei toruje drogę kolejnym epizodom. Koło się zamyka.
Kiedy kontrola staje się zapalnikiem
W tle kompulsywnego objadania się bardzo często stoi historia restrykcji. Diet, zakazów, podziałów na „dobre” i „złe” jedzenie. Życia w ciągłym napięciu między tym, czego się chce, a tym, na co „nie wolno”. Paradoks polega na tym, że im bardziej ktoś próbuje kontrolować jedzenie, tym silniejsza bywa potrzeba utraty tej kontroli. Do tego dochodzą doświadczenia emocjonalne – czasem subtelne, czasem bolesne. Brak przestrzeni na złość, smutek czy słabość. Wczesne poczucie, że trzeba radzić sobie samemu. Przekonanie, że potrzeby są zbyt duże, a emocje – kłopotliwe. Jedzenie wchodzi wtedy w rolę cichego towarzysza. Zawsze dostępnego. Niewymagającego słów.
Nazwać to, co długo było bezimienne
Dopiero stosunkowo niedawno kompulsywne objadanie się zostało jednoznacznie uznane za odrębne zaburzenie psychiczne w klasyfikacjach diagnostycznych DSM i ICD. To ważne, bo daje język tam, gdzie wcześniej była tylko wina. Diagnoza nie jest etykietą – jest ramą, która pozwala zrozumieć, że to, co się dzieje, ma sens. Że jest odpowiedzią organizmu na przeciążenie, a nie dowodem porażki. Kiedy mówimy o diagnozie, mówimy przede wszystkim o powtarzalności doświadczenia, o poczuciu utraty kontroli i o cierpieniu, które temu towarzyszy. Nie o liczbach na wadze. Nie o wyglądzie. Kompulsywne objadanie się nie ma jednej twarzy i nie zawsze jest widoczne na zewnątrz. Długotrwałe życie w cyklu objadania się i wstydu potrafi być wyczerpujące. Psychicznie i fizycznie. Z czasem pojawia się wycofanie, obniżenie nastroju, lęk przed byciem ocenianym. Ciało zaczyna reagować – czasem poprzez problemy metaboliczne, czasem poprzez przewlekłe zmęczenie. Ale najdotkliwsze bywa to, co niewidoczne: utrata zaufania do siebie. Przekonanie, że „nie można na mnie polegać”. A przecież to nie brak siły. To nadmiar napięcia.
Gdzie zaczyna się droga powrotna
Psychoterapia w pracy z kompulsywnym objadaniem się nie polega na uczeniu „jak przestać jeść”. Raczej na odkrywaniu, po co to jedzenie się pojawiło. Co miało załatwić. Co próbowało ochronić. Terapia poznawczo-behawioralna pomaga odbudować regularność i bezpieczeństwo w jedzeniu, ale też przyjrzeć się myślom, które podtrzymują błędne koło. Podejścia psychodynamiczne i schematowe sięgają głębiej – do relacji, doświadczeń i emocji, które od dawna domagały się uwagi. Coraz częściej ważnym elementem terapii staje się też nauka łagodności wobec siebie. Uważności. Zgody na to, że emocje nie muszą być natychmiast naprawiane. Że można je poczuć i nie zniknąć.
Kompulsywne objadanie się nie jest historią o jedzeniu. Jest historią o próbie poradzenia sobie w świecie, który bywa zbyt głośny, zbyt wymagający, zbyt samotny. Jeśli to czytasz i coś w Tobie się porusza, być może to sygnał, że warto się zatrzymać. Posłuchać. Zobaczyć, co naprawdę jest głodne.
Anna Foltyńska
Psycholożka
Psychoterapeutka w procesie certyfikacji
w nurcie systemowo-ericksonowskim













0 komentarzy